|
|
piątek, 06 listopada 2009
poniedziałek, 19 października 2009
Więcej Tymianka
Głos ludu w osobie ani-usa żąda więcej Tymianka. A wyznać muszę, że żądająca jest osobą szczególną, jej blog był bowiem pierwszym, gdzie czytaliśmy ze Smoczycą Leokadią, jak wygląda życie z dzieckiem na co dzień. Rwąc się do spełnienia życzeń, zauważam ziejącą czarną czeluścią dziurę. Ostatnie reprezentacyjne zdjęcia Tymianka zostały zrobione na wakacjach. Oto jedno z nich, z lipca, na którym nasz bohater ma 8 miesięcy. Ale przyrzekam poprawę.
niedziela, 12 lipca 2009
Remanenty: podróż sylwestrowa 2007/8 – 6. Drastyczna zmiana scenerii czyli powrót do Michigan
„Jaka to wróżba na Nowy Rok, jeśli będziemy cały dzień
podróżować?“ – pyta Smoczyca Leokadia. Opuszczamy Virginię, przejeźdźamy przez
cieniutki ogonek Maryland nad Potomakiem, pierwszy śnieg spotyka nas w
Pennsylvanii. Termometr w samochodzie nieubłaganie obiża swe wskazania. Mróz
chwyta nas zaraz za granicą Ohio. Autostrada zaczyna przypominać tor
saneczkowy, strach porzucać koleiny własnego, a wepchnięcie się za piaskarkę
staje sie niedościgłym marzeniem. Adrenalina buzuje, a ja zaczynam doceniać
cokolwiek sportowy charakter samochodu. Na granicy stanu Michgan autostrada
stoi już całkiem, decydujemy się zatem na objazd bocznymi drogami, gdzie po
krzakach i przydrożnych potokach straszą wypadłe z drogi samochody.
Pięćdziesiąt metrów przed domem zakopujemy się w okazałej
zaspie, na szczęśćie po paru bujnięciach w przód i w tył udaje nam się ją
opuścić. Burgund naszego samochodu odcina się od śnieżnobiałych kołderek
spowijających wszystkie inne auta na parkingu. 
Czy wróżba się spełniła? Przeprowadzka za Atlantyk i
cztery mieszkania (wliczając obecne, na jakiś czas, zdaje się, ostateczne)
mówią chyba same za siebie.
sobota, 11 lipca 2009
Remanenty: podróż sylwestrowa 2007/8 – 5. Shenandoah
Ruszamy w góry. Zatrzymuje nas opuszczony szlaban i pani
strażniczka uprzejmie informująca, że droga jest oblodzona i zostanie otwarta
może po południu. Przyjmujemy więc plan B polegający na zdobyciu Old Rag
Mountain – samotnego wzniesienia trochę z boku od głównego pasna. Okazuje
się to być doskonałą decyzją. Wspinaczka przez las jest przyjemna, szybko
jednak wychodzimy na skałki, które dostarczają przyjaznych alpnistycznie wrażeń
(pomijając krzyki przerażonych dzieci, przekonywanych przez rodziców do jeszce
jednego duzego kroku nad przepaścią; biorąc pod uwagę, że w pewnym momencie
muszę pokonać mały kominek zapieraczką i pomóc Smoczycy, nie mam pojęcia, jak
dzieci mogą tę trasę pokonać). 

Docieramy na szczyt. Widoki są dalekie i imponujące –
z jednej strony równiny stanu do dziś czczącego dziewiczość angielskiej
monarchini, z drugiej główne pasmo Shenandoah, a wszystko skąpane w ostrym
słońcu. Piknikujemy ponad godzinę nad naszym lanczem, po czym inną, łatwą drogą
schodzimy do samochodu. 
Popołudnie rzeczywiście przynosi ostwarcie drogi przez
główną grań, jedziemy ostrożnie, bo po zacienionej stronie gór co rusz trafiają
się kawałki asfaltu pokryte cienką warstwą lodu. Jesteśmy przez większą część
czasu całkowicie sami, jeśli nie liczyć patrolujących drogę policyjnych
samochodów. 
Przypadający tego dnia sylwester obchodzimy wyjściem do
włoskiej restauracji, ale rzucamy się w objęcia Morfeusza, nie czekajac na
północ.
piątek, 10 lipca 2009
Remanenty: podróż sylwestrowa 2007/8 – 4. Blue Ridge Parkway, a raczej właśnie nie ona
Plan dnia jest prosty: wjeżdżamy na drogę widokową Blue
Ridge Parkway po północnokarolińskiej stronie The Great Smoky Mountains, a ta
zaprowadzi nas do następnego celu naszej podróży, czyli parku narodowego
Shenandoah w Virginii.
Plan dnia nie jest do zrealizowania. Z powodu
oblodzenia, początkowy kawałek Parkway jest zamknięty dla ruchu kołowego.
Próbujemy objazdu, w końu po paru godzinach docieramy do otwartego kawałka tej
drogi. Tonie on wszelako w mgle tak gęstej, że Smoczyca Leokadia kategorycznie
protestuje przeciw lekkomyślnemu wystawianiu się na niebezpieczeństwo. Wracamy
zatem do autostrady i w gwałtowanej burzy docieramy do miasteczka Fort Royal,
będącego naszą bazą wypadową do następnej wycieczki. Na zdjęciu główne widoki tego dnia, jeszcze z Great Smoky Mountains. 
czwartek, 09 lipca 2009
Remanenty: podróż sylwestrowa 2007/8 – 3. The Great Smoky Mountains cz. 2
Hiponotyzowanie wzrokiem węża portali przepowiadających
pogodę przyniosło oczekiwany skutek. Poranek wita nas złotą mgiełką, przez
którą nieśmiało przebijają sią promyczki bladego słońca. Pospiesznie jedziemy
na przełęcz, by wyprzedzić tłumy stęsknionych widoku turystów i zdążamy zająć
jedno z ostatnich wolnych miejsc na parkingu. Nad krawędzią urwiska kłębi
się mrowie ludzi zafascynowanych tym, że znajdują się nad chmurami. „Listen bud, I don’t know what to say, this
is... this is... a real thing“ – werbalizuje przez komórkę swe oniemienie
siedemnastoletni na oko młodzieniec koło nas. 
Ruszamy na szlak. Słynny szlak biegnący grzbietem
Appallachów, wytyczony w ramach robót publicznyc rooseveltowskiego Nowego Ładu.
Już kilka kroków oddala nas skutecznie od ludzkiego kłębowiska, szlak wiedzie
granią i przypomina trochę Bukowe Berdo. Przejściu tam i z powrotem
poświęcmy resztę dnia, rozebrani do koszulek ciesząc się pogodną
nieprzypominającą michigańskich śniegów. 
środa, 08 lipca 2009
Remanenty: podróż sylwestrowa 2007/8 – 2. The Great Smoky Mountains, cz. 1
Budzimy się o poranku, widząc jak rzęsisty deszcz powoli
odmacza podróżny brud z pontiaka. W minorowych nastrojach zwlekamy się
z łóżka i jedziemy na szlak, który doprowadzić nas ma do widowiskowych
wodospadów. Atmosfera robi się całkiem bieszczadzka – im bardziej w górę, tym
więcej buków i bardziej obfiy opad. Po godzinie Smoczyca jest całkiem
przemoczona, więc wymieniamy się kurtkami i pniemy coraz wyżej. Chmury
szczelnie otulają zbocza gór, skutecznie odcinajaąc nas od wszelkich widoków. W
końcu docieramy do progu wodnego. Rozczarowana jego metrową wysokością Smoczyca
zarządza odwót. Przekonanie, że nie może być to cel naszej wycieczki skłania
mnie do postawienia weta. Rzeczywiście, po piętnastu dalszych mokrych minutach
docieramy do wodospadu właściwego. Cieszymy się nim przez kolejną wilgotną
minutę i dziarsko ruszamy w dół, gdzie suche wnętrze i ciepły nawiew naszego
samochodu jawią się nieomal jako atrybuty raju. 
W porza lanczu jesteśmy z powrotem w hotelu, gdzie
posileni paroma kanapkami zastanawiamy się, co począć z tak rozpoczętym
dniem. Wybór nasz, nomen omen, pada na skansen Cedar Grove zawierający pamiatki po osadnikach
z poprzedniego przełomu wieków. Na niskościach skansenu deszcz nie nęka
turystów, toteż w spokoju podziwiamy stare drewniane chaty, trzy kościółki i
cmentarz, a wygania nas stamtąd dopiero zamknięcie obiektu. 
Wracamy do Gatlinburga wąską, górską drogą wijącą się
przeraźliwie w dolinie wartkiego strumyka. Po raz pierwszy w tej podróży
napradę przydaje się nawigacja satelitarna, pokazując na ciekłokrystalicznej
mapce najbliższe trzy zakręty.
Dzień zaliczamy do udanych. Ale podskórnie czujemy jakieś
górskie niespełnienie i postanawiamy powalczyć z tym stanem następnego
dnia.
wtorek, 07 lipca 2009
Remanenty: podróż sylwestrowa 2007/8 – 1. Mammoth Cave
Smoczyca Leokadia lubi niespodzianki. Tak bardzo, że
zażyczyła sobie, iż wyjazd sylwestrowy ma być dla niej całkowitą niespodzianką.
Moim zadaniem jest ułożenie trasy i dobór atrakcji, Smoczycy zaś – zwiedzanie i
podziwianie.
Rankiem drugiego (w Polsce) dnia świąt Bożego Narodzenia
pakujemy się do wypożyczonego wiśniowego pontiaka G6. Wóz, mile mknąc, połyka
mile i po dwóch godzinach porzucamy michigańskie śniegi na rzecz zielonych pól
Ohio, a potem wzgórz Kentucky. Późnym wieczorem docieramy do hotelu w pobliżu
atrakcji dnia następnego – parku narodowego zawierającego najdłuższą – a jakże
– jaskinię świata, czyli Mammoth Cave. Spanie w łóżku kingsajz przerwane jest w
środku nocy bezradnym krzykiem Smoczycy z przeciwległego krańca posłania:
„Scarlett, gdzie jesteś?“
Po uczciwie przespanej nocy zbieramy się skoro świt, przy
czym definicja świtu przykrojona zostaje do odbywanej dla przyjemności podróży,
i wykupujemy bilet na trzygodzinny spacer z przewodnikiem po
wnętrznościach jaskiniowego olbrzyma.
Kiedy nasyceni widokami form krasowych wyłaniamy się na
światło dzienne, jesteśmy głodni jak cała wataha wilków. Smoczyca postanawia,
że nie można przejechać przez Kentucky, nie kosztując kurczaka w KFC. Jest to
mój pierwszy raz z ptakiem z tej sieci – zgodnie stwierdzamy jednak,
że o ile nie będzie nam grozić śmierć głodowa, będzie to także nasz raz
ostatni.
A potem już pod osłoną ciemności zmierzamy do kolejnego
etapu wycieczki. Wjeżdżamy do Tennessee, pędem mijamy Nashville i zmierzamy do
Gatlinburga leżącego w samym sercu Wielkich Gór Mglistych, jak na własny użytek
tłumaczę sobie, niedokładnie, acz zgodnie z późniejszymi doświadczeniami,
nazwę The Great Smoky Mountains. Na zdjęciu zimowa rzeka Ohio. 
piątek, 10 kwietnia 2009
Między remanentami
Nagły atak lata w kwietniu skłonił Smoczycę Leokadię i
mnie do zapakowania Tymianka w Teodora, czyli nasz samochód, i przedsięwzięcia
wycieczki do Puszczy Kampinoskiej. Pojechaliśmy do Roztoki, gdzie powitał nas
parking za pięć złotych, jadło- i piwodajnia, plac zabaw dla dzieci, ścieżka
przyrodnicza i spory kawałek porządnie skoszonego trawnika.
„Niesamowite“ – powiedziała Smoczyca. – „To wygląda
dokładnie jak parki w Hameryce.“
poniedziałek, 23 lutego 2009
Remanenty: podróż na południowy zachód – 9. Las Vegas
Częściowo posileni pożywnym ciastkiem – Smoczyca orzekła,
że wzmogłoby ono jej mdłości – ruszyliśmy na ostatnią wyprawę tej podróży.
Najpierw słynną z dzieł literatury drogą nr 66, potem zaś zwykłą
autostradą, przez tamę im. Hoovera, którą planowaliśmy zwiedzić, ale wobec
tłumów tak gęstych, że nie było gdzie zaparkować sonaty, zrezygnowaliśmy, dotarliśmy
w końcu z powrotem do Las Vegas, tym razem z zamiarem przyjrzenia się
temu miastu z bliska.
Cóż odkrywczego można powiedzieć o Las Vegas? Pewnie jest
jak ciastko na śniadanie – które raz stanowić może zabawną odmianę, ale
praktykowane codziennie może zohydzić wszelkie słodycze. Bawiliśmy się nieźle,
zwiedzając jedno kasyno za drugim, patrząc na widoki tego wspinającego się na
szczyty absurdu targowiska próżności, gdzie najbardziej szalone sny architektów
mają szansę stać się rzeczywistością. Wnętrza kasyn omijaliśmy szerokim łukiem,
niezależnie bowiem od wentylacji pomieszczeń nos Smoczycy bezbłędnie wyczuwał
bowiem ślady nawet zbłąkanych skądinąd oparów tytoniu. Wydawało mi się, że
nasza postawa nie jest niczym dziwnym do momentu, kiedy pokazaliśmy zdjęcia
z Las Vegas Wieczorynce. „O mój Boże“ – westchnęła, widząc kasyno
Wenecjanin – „Obrzydliwe. A dzwonnica na placu świętego Marka stoi zupełnie
gdzie indziej.“
Nasz
samolot do Toledo w Ohio (bardzo wówczas się opłacało omijanie Detroit)
odlatywał po pólnocy. Spaliśmy smacznie w przestworzach, wioząc ze sobą
niesamowite wrażenia i nieskończoność pięknych widoków.
|